Oto co – nomen omen – wyśledziliśmy w chodzieskim szpitalu.

 

Polak głodny, to Polak zły – wiadomo. A zły radny to… lepiej nie myśleć!

 

Nie ma się więc specjalnie co dziwić, że nie było końca dosadnym komentarzom w busie, który wiózł do Poznania uczestników wyjazdowego posiedzenia sejmikowej Komisji Rodziny, Polityki Społecznej i Zdrowia Publicznego. Posiedzenie odbywało się 18 września w Wielkopolskim Specjalistycznym Szpitalu Chorób Płuc i Gruźlicy w Chodzieży. Komentarze zaś dotyczyły specyficznie pojmowanej gościnności dyrekcji chodzieskiej placówki, która podejmowała komisję. Powiedzenie, że gospodarze trzymali radnych przez siedem godzin o chlebie i wodzie byłoby pewną przesadą, wszak oprócz wody postawili na stole jeszcze słone paluszki i termos z herbatą… Jakoś nikt nie docenił iście wielkopolskiej oszczędności dyrekcji. A ta pewnie uznała, że skoro radni podróżują z Poznania,  to posilą się w jakimś przydrożnym barze (czego zresztą w drodze powrotnej byli bliscy…).

 

My zaś, obserwując dzielnie znoszone męki radnych, wiedzeni jednocześnie unoszącym się po szpitalnych korytarzach zapachem pieczonego kurczaka, nieco tylko zmąconym wonią środków

dezynfekcyjnych, udaliśmy się w rekonesans po pięknym gmachu chodzieskiego „sanatorium”. Co prawda kurczaków nie odnaleźliśmy, za to tuż obok salki, w której obradowała komisja wyśledziliśmy (sic!) jakże uroczą tabliczkę, którą natychmiast zdjęliśmy naszym aparatem fotograficznym. Drzwi, które ozdabiała owa tabliczka, okazały się zamknięte, co być może  tłumaczy rzeczone problemy z prowiantem dla radnych.