Od Chwaliszewa do Doruchowa
Jak w Wielkopolsce przeprowadzano procesy czarownic.
Czary i czarownice to temat tak tragiczny, jak i sensacyjny. Poza współczuciem dla ofiar i powszechnym ubolewaniem nad ogólnym poziomem wiedzy naszych przodków, w analizowaniu tej problematyki przeważa element sensacji. Najczęściej zapominamy jednak o znaczeniu postępu nauki, wiedzy o świecie i o nas samych. Przed laty była inna świadomość społeczna. To były odmienne czasy od naszych, a ich ocena według dzisiejszych kryteriów mentalnościowych, materialnych i społecznych jest nietrafna.
Palili wszyscy
To, co dziś nas zaskakuje, bulwersuje czy nawet przeraża, w dawnych czasach traktowano jako naturalną praktykę. Podstawowe zasady etyczne były takie jak dzisiaj, ale cała ich „otoczka” zupełnie różniła się od dzisiejszych realiów. Dziś decyduje wiedza. Kiedyś, gdy czegoś nie rozumiano, odpowiedzi szukano albo w zjawiskach nadprzyrodzonych, albo w czarach, w „sile nieczystej”. Dorobiono do tego swoistą ideologię, według której kobiety (jako rzekomo osoby o słabszej konstrukcji psychicznej) łatwo ulegają podszeptom szatana.
Był to czas, gdy niewiele było potrzeba do rozpoczęcia polowania na czarownice (dosłownego). Wystarczyło, gdy ktoś nagle zachorował, wystąpiła nagła powódź, gradobicie, a w danym środowisku pojawiła się kobieta różniąca się od otoczenia, zajmująca się sprawami nie dla wszystkich zrozumiałymi – była oskarżana o konszachty z siłami nieczystymi. Naturalnie pojawiały się też przypadki załatwiania porachunków osobistych czy składania fałszywych oskarżeń. Dodajmy, że czarownice palili zarówno katolicy, jak i protestanci.
Według podręcznika
Z czasem, w 1487 roku, powstał swoisty podręcznik ścigania czarownic „Malleus maleficarum” („Młot na czarownice”), opracowany przez dwóch dominikanów Heinricha Kramera i Jacoba Sprenglera. Książka ta przez długi czas była wręcz kultowa dla spraw związanych ze ściganiem czarownic, ich wykrywaniem, stawianiem przed sądem, poddawaniem torturom i śmiercią na stosie. Oskarżone o czary poddawane były różnym próbom, m.in. wody i ognia, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistymi podstawami do oskarżenia. Pod wpływem wymyślnych tortur nieszczęśliwe kobiety przyznawały się do wszystkiego. Relacjonowały nawet szczegóły kontaktów z diabłem, podawały jego imiona.
Niekiedy te zeznania były obszernymi opowieściami o diabłach, szczegółach kontaktu i współpracy z nimi, planach i zadaniach. Dziś te relacje zaskakują, dziwią, niekiedy nawet śmieszą, ale wtedy traktowano je najzupełniej poważnie. Oczywiście, weryfikacja tych „faktów” nie wchodziła w rachubę. Los oskarżonej był przypieczętowany. Zachowane protokoły, zawierające pytania sędziów i odpowiedzi torturowanych kobiet, są przerażającym świadectwem okrucieństwa i rozpaczy.
Za piwo i chorobę
W Europie pierwsze procesy czarownic odbyły się w XIV wieku. Na obszarze całej Wielkopolski do procesów o czary dochodziło tak jak w innych częściach kraju, ale najstarszy opisany źródłowo przypadek nastąpił w 1511 roku w podpoznańskim Chwaliszewie, które znane było z warzenia piwa – w owym czasie podstawowego (i w miarę bezpiecznego przy ówczesnym stanie higieny) napoju. Kiedy doszło do zepsucia piwa w aż sześciu warzelniach, przyczynę tej sytuacji znaleziono w działaniu sił nieczystych, w czarach. Oskarżona o ten czyn kobieta spłonęła na stosie.
Oskarżone o czary poddawane były różnym próbom, m.in. wody i ognia. Pod wpływem wymyślnych tortur nieszczęśliwe kobiety przyznawały się do wszystkiego. Niekiedy te zeznania były obszernymi opowieściami o diabłach, szczegółach kontaktu i współpracy z nimi, planach i zadaniach
Najstarszy w Poznaniu zachowany dokument potwierdzający takie praktyki pochodzi z 1544 roku. Proces dotyczył trzech kobiet: Doroty Gniećkowskiej, Agnieszki z Żabikowa i Anny Maciejowej. W 1579 roku spłonęła na stosie Anna Chociszewska, która przyznała się do spółkowania z diabłem, a w 1645 roku – Regina Boroszka oskarżona o podobne kontakty z całym tabunem diabłów.
Ostatni w Wielkopolsce proces o czary przeprowadzono w 1775 roku w południowej części regionu, w powiecie ostrzeszowskim, w Doruchowie. Miejscowa dziedziczka zachorowała, a lekarze nie umieli znaleźć przyczyny, więc doszukano się jej w czarach. W rezultacie doszło do procesu kilkunastu kobiet, które poddano torturom, a potem skazano na śmierć i spalono na stosie. Po tym wydarzeniu, które wstrząsnęło Rzeczpospolitą, w 1776 roku zakazano procesów czarownic oraz poddawania kobiet ponurej praktyce śledczej i egzekucji w ogniu. Dziś przyjmuje się, że do tego czasu na ziemiach polskich stracono w ten sposób około tysiąca kobiet. Nie było to… wiele, zważywszy że szaleństwo procesów i palenia na stosie obejmowało całą Europę; w samych Niemczech zginęło w ten sposób około stu tysięcy osób.
Głos rozsądku
Dla porządku dodajmy, że niekiedy, choć nienajczęściej, zdarzało się, że i mężczyźni byli oskarżani o konszachty z siłami nieczystymi. Przykładowo w 1772 roku na rynku w Poznaniu ścięto Andrzeja Bocheńskiego z Grodziska za konszachty z diabłem i sprzedanie mu swej duszy.
Trzeba też przyznać, że w ogólnym szaleństwie niekiedy pojawiał się głos rozsądku. W 1639 roku jeden z profesorów Akademii Lubrańskiego w Poznaniu zakwestionował wartość zeznań uzyskanych opisanymi wyżej metodami. W stolicy Wielkopolski w 1637 roku ukazał się też traktat kwestionujący stosowane metody śledztwa. Daniel Wisner wydał „Krótki traktat o ekstra magach, czarownicach, trucicielach” uznający stosowane metody śledztwa za niewiarygodne i fałszywe. Podobnie w 1647 roku wypowiadał się jezuita Fryderyk Spee. Takich głosów było więcej, ale rzadko przynosiły skutek.
Archiwa i pomnik
Interesujące, że po latach procesami o czary zainteresowali się badacze hitlerowscy. Nie wiadomo dokładnie, jaka była przyczyna ich dociekań. W Berlinie powołano centralną instytucję badającą te procesy – od oskarżenia, poprzez przebieg rozprawy, aż do wykonania wyroku. Wiele wskazuje na to, że wierzono w istnienie magii. Prace nad tą tematyką miały udowodnić, że nieszczęśni skazańcy byli nosicielami tradycji starogermańskich; metody stosowanych tortur traktowano na swój sposób szkoleniowo… Materiały zbierano dokładnie, starannie i wielokierunkowo, analizowano przyczyny oskarżenia, przebieg procesu i tortur, rozważano nawet… możliwość dziedziczenia umiejętności magicznych. Dodajmy, że zdobyte informacje dotyczyły procesów o czary na obszarze nie tylko Polski, ale i w innych krajach europejskich, a nawet w Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Z polskich miejscowości w kartotece występują m.in. Poznań, Bydgoszcz, Witkowo, Rydzyna, Wągrowiec.
Mało kto z mieszkańców stolicy Wielkopolski wie, że zebrane w ten sposób materiały i kartoteki procesów o czary, ukryte przez hitlerowców w Sławie Śląskiej, w 1946 roku zostały przekazane do Archiwum Państwowego w Poznaniu. Dziś jest to obszerny materiał liczący ponad trzy tysiące jednostek archiwalnych, starannie i fachowo opracowanych, w środowisku archiwistów uważany za unikat na skalę światową. Dodajmy, że protokoły z procesów o czary zachowały się także w archiwum Biblioteki Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk; dotyczą spraw rozpatrywanych w Zbąszyniu w latach 1654, 1681 i 1708.
I wreszcie akcent najnowszy. W maju 2025 roku w Poznaniu odbyło się spotkanie konsultacyjne dotyczące projektu postawienia pomnika czarownicy spalonej na Chwaliszewie w 1511 roku. Specyfika pomnika i osoby, która miała być upamiętniona, dała podstawę do skonsultowania sprawy z mieszkańcami. To pomnik Wiedźmy, stworzony przez Alicję Białą według pomysłu Ewy Łowżył, przedstawiający anonimową, płynną postać kobiecą wykonaną ze stali częściowo trawionej kwasem. Tę oryginalną rzeźbę pokazano podczas Festiwalu Malta w 2024 roku. Wkrótce jednak pomnik zniknął, a potem zmieniał miejsce, ale już w pomieszczeniach zamkniętych. Dziś przypomina o nim kwadratowa podstawa, pozwalająca snuć wnioski i opinie na temat człowieczej mentalności…
Autor: MAREK REZLER